róża

Elegant Rose - Working In Background

niedziela, 24 maja 2015

Spotkałam prawdziwego Anioła...

Dzień przed wylotem do Polski zastanawiałam się co zabrać ze sobą?
Jaka będzie pogoda?
Pomyślałam sobie;
- Zapewne część  ubrań wezmę niepotrzebnie.
Bagaż spakowany. Przede mną  długa i bezsenna noc, bo jak tutaj spać spokojnie, kiedy za kilka godzin wyruszę na upragniony urlop . Cieszyłam się, że zobaczę swoich rodziców. Poranek tak, jak zwykle zaczęłam od kawy. O śniadaniu nie mogło być mowy, ponieważ mój żołądek uparcie mówił "nie".
To nic. Zawsze mogę coś sobie kupić na lotnisku. Odruchowo sięgnęłam po owoce. Gruszka wraz z jabłkiem wylądowały w mojej torebce. Po chwili wróciłam do kuchni z  zamiarem zabrania foliowego woreczka na owoce. Kilka minut później siedziałam obok syna, który odwoził mnie na lotnisko. Czułam się dziwnie. Nie boję się lotu. Zdążyłam się do tego przyzwyczaić po tylu latach emigracji. Więc dlaczego czułam, że moje ciało drży? Hmm...
Odprawa ze stanowiska trzynastego. Miałam nadzieję, że nie będzie pechowa. Następnie przeszłam do odprawy bagażowej. Przede mną stała starsza pani o sympatycznym wyglądzie.


Przyglądała się pasażerom, którzy kładli swoje bagaże na taśmie oraz wszystko to, co należało poddać kontroli. Zapytała mnie, czy wierzchnie okrycie również należy zdjąć? Potwierdziłam jej pytanie. Okazało się, że wiozła dla swojej siostry, wodę w plastikowej butelce z Lourdes. Niestety, owa pani, nie posiadała na nią woreczka. Przeraziła się trochę. Przypomniałam sobie, że mam woreczek foliowy, w którym umieściłam owoce. Pospiesznie wyciągnęłam go z torebki ofiarowując go jej. Przez cały czas rozmawiałyśmy po angielsku. W tym momencie kobieta podziękowała mi zadając pytanie, którego niestety nie zrozumiałam. Zapytała, skąd jestem? Gdy usłyszała, że lecę do Polski... jej twarz rozjaśniła się nagle. Usłyszałam dziękuję w moim rodzimym języku oraz szeptaną z gorącą wiarą Zdrowaś Maryjo łamaną polszczyzną. Wiedziałam, że to za mnie. Takie było jej podziękowanie. Poczułam, jak fala ciepła przenika moje serce, a całe ciało, przeszedł dziwny dreszcz. Czułam się bezpiecznie. Och, gdybym miała chociaż jedną maleńką kropelkę tak silnej wiary , jak ona.
Moje oczy napełniły się łzami. W skrytości serca, dziękowałam Opatrzności za spotkanie z tą wyjątkową osobą.
Każdego dnia spotykamy na swojej drodze tych, którzy wnoszą coś do naszego życia duchowego. Jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Czasem nie mając zupełnie świadomości, że nic nie dzieje się bez przyczyny.
Na płycie lotniska odniosłam wrażenie, że jestem wolna jak ptak, który po długiej podróży powraca do swojego gniazda...


W domu był czas słodkości, wspaniałych polskich truskawek, żartów i śmiechu...

Czas wspomnień... wzruszeń i łez.



A teraz przede mną czas, by spojrzeć w przyszłość...











                                                                                      

niedziela, 17 maja 2015

Zapachniało majem...

Tak. Zapachniało majem. Kwitnące drzewa upajają swoją wonią. W ogródkach i parkach kolorowo od wiosennych kwiatów. Kilka dni temu wybrałam się na spacer po centrum Dublina. Z przyjemnością zaglądnęłam do pobliskiego Parku przy Grafton Street. Po przejściu kilku alejek usłyszałam dźwięki tanecznej muzyki. Z ciekawością pomaszerowałam w tamtą stronę. Widok tańczących par wywołał uśmiech na mojej twarzy. Prawdziwa majówka, jak to w dawnych czasach bywało...



Zatrzymałam się na chwilę, bo jakże miło było popatrzeć, na szczęśliwych ludzi. Szkoda tylko, że słońca w Irlandii ciągle jak na lekarstwo.




Lubię, uśmiechających się ludzi. Kiedy chociaż przez chwilkę są szczęśliwi.







Wracałam do domu po długim spacerze. Zmęczona, zamyślona i odrobinkę głodna. W domu po lekkim posiłku postanowiłam, że czas zakończyć ten dzień kaloryczną bombą. A co mi tam...




Dzień zakończył się przy płomieniu różanej świecy. Kolejnym odcinkiem ulubionego serialu pt."Wspaniałe Stulecie", oraz smacznym, lodowo - owocowym deserem.


Deser lodowy;
lody śmietankowe
maliny
truskawki
banan
borówka
mandarynka
płatki migdałów

Można dodać bitą śmietanę posypaną delikatnie czekoladą lub cynamonem.


piątek, 8 maja 2015

List do matki - Sergiusz Jesienin

Żyjesz jeszcze, biedna stara matko?
I ja żyję. Pozdrowienia ślę.
Niechaj sączy się nad twoją chatką
To wieczorne światło w sinej mgle.
Mnie pisano, ze ukrywasz trwogę,
Tęsknisz za mną, że cię trapi żal,
Że wychodzisz często znów na drogę
W swej salopie śmiesznej - patrzeć w dal.
A gdy siny mrok na wieś się kładzie,
Często widzisz, niby blisko tuż,
Jak ktoś mi nagle w karczemnej zwadzie
Wbił po serce fiński nóż.
Głupstwo mamo! Spokój nade wszystko.
To igraszka tylko sennych mar,
Już nie takie ze mnie pijaczysko,
Bym bez ciebie gdzieś tam z dala zmarł.
Po dawnemu łaknę twej pieszczoty
I o jednym marzę tylko w snach,
Bym czym prędzej od tej złej tęsknoty
Znów powrócić pod nasz niski dach.
Wrócę, wrócę, kiedy w słońca blasku
Rozwiosenni się nasz biały sad.                               

Tylko ty już więcej mnie o brzasku
Nie budź tak, jak osiem temu lat.
Nie rusz tego, co sie odmarzyło,                    

Nie budź tego, co na wieki śpi.
Zbyt mnie wcześnie życie doświadczyło.
Strata złud i nuda wszystkich dni.
I modlitwy nie ucz mnie. Bo po co?
Co odeszło, już nie wróci, nie.
Tyś jedyną łaską i pomocą,
Tyś jedyne moje światło w śnie.
Więc zapomnij już tę swoją trwogę,
Przestań tęsknić, porzuć zbędny żal.
I nie wychodź tak często na drogę,
W swej salopie śmiesznej - patrzeć w dal.



Tłum. Kazimierz Andrzej Jaworski